Menu

Historia jakiej nie znamy...

Fragmenty książki

 O. KONRAD STOLAREK OMI

KAPŁAN,ŻOŁNIERZ, REDAKTOR.

Redakcja: Agata i Zbigniew Judyccy

IRB

Vaudricourt - Warszawa, 2007r. 

Na Zaolziu.

 Zaolziańska Orłowa stała się pierwszym miejscem mojej działalności kapłańskiej po ukończeniu studiów w czerwcu 1939 roku. Jako katecheta miałem uczyć młodzież zasad wiary. Wybuchła wojna i przekreśliła wszystkie plany przełożonych. Z ośmioosobowej obsady naszej zakonnej wspólnoty zostało nas po 1 września tylko dwóch: ks. Antoni Grzesik i ja. Niemcy zgodzili się na odprawianie polskich Mszy św. w tych kościołach, w których zostanie wygłoszone co najmniej jedno kazanie w języku niemieckim. Okoliczni księża nie znali niemieckiego. Dojeżdżaliśmy zatem z ks. Grzesikiem, na ile było to możliwe, do najbliższych kościołów, by wygłaszać 5-minutowe kazania po niemiecku i ratować w ten sposób, co się jeszcze dało ocalić. Po jednym z kazań w języku niemieckim w Orłowej w czasie udzielania chrztu zjawił się w zakrystii oficer SS. Zrobiłem szybki rachunek sumienia, czy nie powiedziałem w kazaniu nieopatrznie czegoś, co mogło się nie podobać zaborcom. Dla pewności jednak wybrałem najbardziej uroczystą formę chrztu. Długo trzeba by szukać w rytuale rzymskim tych ceremonii, jakie wówczas zastosowałem. Miało to ten skutek, że kiedy wróciłem do zakrystii, SS-mana już nie było. Zostawił wizytówkę, na której dopisał, że chciał ze mną porozmawiać, bo z akcentu, jakim głosiłem kazanie, wywnioskował, że mogłem pochodzić  tylko z Rychtala, bo tylko tam tak mówiono po niemiecku. Obiecał przyjść znowu. Zgadzało się. Urodziłem się w Rychtalu. Z ciekawskim SS-manem chodziłem do szkoły. Nazywał się Raschke. Ale nie zobaczyliśmy się już więcej. Wkrótce potem wybrałem się na Zachód.

W Lyonie

 W drugiej połowie maja 1943 r. przybyłem do Lyonu. Kilka dni przedtem znalazłem się jako skoczek spadochronowy we Francji, gdzie w jasną księżycową noc wylądowałem kilkanaście kilometrów na północ od Le Puy. Siedziałem w tramwaju, który miał mnie dowieźć do kantyny PCK, gdzie pracowała jako kierowniczka Zofia Śliwowa. Miałem dla niej i jej męża wiadomości od syna Józika. Jeszcze kilka dni wcześniej odwiedził mnie na lotnisku w Heston pod Londynem w mundurze podporucznika. W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że tramwaj jedzie nie w moim kierunku. Wysiadłem na najbliższym przystanku. Tramwaj ruszył, ale nie ujechał nawet stu metrów, kiedy z pobliskich domów wyskoczyli żołnierze w mundurach gestapo i zabrali z tramwaju wszystkich pasażerów. Przypadek ? Wierzę, że to Opatrzność ! Kilka dni później z tego samego Lyonu wybierałem się do północnej Francji, gdzie miałem pewną misję do spełnienia. Miał mi towarzyszyć ks. Antoni Sawicki, bo jako przedwojenny duszpasterz w Barlin znał dobrze tamte strony i miał dużo znajomości. Było to nasze pierwsze spotkanie po dwu latach. Ks. Sawicki, z natury bardzo wrażliwy, był tym spotkaniem niesłychanie podniecony. Nie mógł się opanować nawet w czasie kolacji w jednej z restauracji na placu Bellecourt, na którą go zaprosiłem. Przy sąsiednim stoliku siedziało dwu gestapowców w cywilnych ubraniach. Po kolacji szli za nami w kierunku dworca Perrache. Kiedyśmy się znaleźli na wysokości centrali gestapo, zaaresztowali nas. Podejrzewali ks. Sawickiego z jego blond czupryną, że jest uciekinierem z armii niemieckiej. Wypuścili go po przeszło dwugodzinnych przesłuchaniach, stwierdziwszy telefonicznie na komisariacie policji w Beaucaire, że rzeczywiście jest znany w tym mieście. Mnie wypuszczono po zbadaniu mojej teczki. Zawartość nie wzbudzała podejrzeń. A przecież w kieszeniach sutanny miałem kilka tysięcy dolarów oraz list kardynała Hlonda do generała Sikorskiego. Tego samego wieczora odjechałem paryskim pociągiem z Lyonu.

Dzisiaj jest

poniedziałek,
27 czerwca 2016

(179. dzień roku)

Zegar

Święta

Polecamy strony

Licznik

Liczba wyświetleń:
2258345

Wyszukiwanie