Menu

Na terenie Parafii działa Koło Łowieckie nr 6 Jeleń w Rychtalu.

Sztandar Koła Łowieckiego Jeleń w Rychtal.

W naszych lasach            
(Stanisław Kempa – z przejażdżki jesiennej w pobliżu Zgorzelca i Rychtala)        

Cieniste chwieją się świerki.                                                                     
W igiełkach wiatr szeleści                                           
I cichą, jak szept piosenką                          
Młode krzewinki pieści…                                                            

Na skraju igrają brzozy:                                                               
Wiotkie gałązek kiście                                  
Na drogi leśne, na ścieżki,                                          
Złote zrzucają liście…                                                    

I wciąż się tulą do sosen,                                             
Spuszczając swe warkocze…                      
Tuż przy nich mała osika                              
Trzęsie się i dygocze.                     

Las cały tonie w kolorach,                                           
Wszystko się błyszczy mieni,                     
Spadają liście na ziemię -                                            
Kwiaty polskiej jesieni…                                              

Zrudziałe płaczą zioła… 
Długie jeżyn rozłogi                       
Splatają w gęste zarośla                                              
Tarniny, iwy, głogi.                                         

W powietrzu strzępią się przędze,                          
Nić za nicią ulata -                                           
I lecą na leśne zaręby                                   
Nici babiego lata…         

Niezwykły Dar świętego Huberta dla myśliwych z Koła Łowieckiego Jeleń w Rychtalu.

Monstrancja świętego Huberta.

Klikając w poniższy link, możesz posłuchać audycji o odnalezionej w 2013r. przez myśliwych z Koła Łowieckiego Jeleń ukrytej w rychtalskim lesie monstrancji.

Po prawej stronie na ścianie kościoła w Rychtalu, pod obrazem Serca Pana Jezusa pochodzącego z klasztoru Sióstr Elżbietanek znajduje się gablota z umieszczoną w niej monstrancją, podarowaną  przez myśliwych z Koła Łowieckiego Jeleń.  Niezwykła jest historia jej odnalezienia. Podczas polowania hubertowskiego 3 listopada 2013r. roku myśliwi natknęli się w lesie na padniętego jelenia. Postanowili sprawdzić czy został on postrzelony czy zginął z przyczyn naturalnych. Ponieważ jeden z członków Koła posiada specjalne urządzenie do wykrywania metali udali się na drugi dzień by stwierdzić czy w ciele zwierzęcia znajduje się kula. Urządzenie jej nie wykryło, jednak w pewnej odległości od zwierzęcia zaczęło sygnalizować obecność metalu w ziemi. Po chwili na głębokości kilkudziesięciu centymetrów panowie wykopali bardzo zniszczoną i niekompletną zabytkową monstrancję. Wszystko wskazuje na to, że przeleżała ona w ziemi blisko 70 lat  a została skradziona z nieznanego kościoła podczas II wojny światowej i ograbiona z bardziej cennych elementów. Jedna z mieszkanek Rychtala po usłyszeniu tej historii postanowiła pokryć z własnych oszczędności koszt wykonania gabloty i połączenia wszystkich ocalałych fragmentów monstrancji w jedną całość który wyniósł 800 zł. Wykonawcą jest pan Leszek Dziedzic z Kępna. Niech wotum to pokazuje kolejnym pokoleniom, do czego prowadzi ludzka chciwość, dla której nie ma żadnej świętości.

Relacja fotograficzna z uroczystości św. Huberta - Patrona myśliwych i leśników na Pólku pod Bralinem 5 listopada 2017r. z udziałem Koła Łowieckiego Jeleń z Rychtala

( Foto: Arkadiusz Puchała z Bralina )

Relacja fotograficzna z uroczystości św. Huberta - Patrona myśliwych i leśników na Pólku pod Bralinem 2 listopada 2014r. z udziałem Koła Łowieckiego Jeleń z Rychtala

( Foto: Arkadiusz Puchała z Bralina )

Drodzy myśliwi! Wasza obecność wśród lasów wpisuje się w chlubną tradycję polskich myśliwych, którzy za miłość do naszej ziemi płacili nawet życiem. Jesteście spadkobiercami przepięknych kart historii, ale stajecie się też autorami nowego rozdziału polskiego myślistwa. W oparciu o święte prawo natury mądrze budujcie Waszą wspólnotę, w której będzie rządziła miłość do lasu i wszystkiego co w nim żyje. Nie traćcie świadomości, że całe stworzenie jest Bożym darem dla nas wszystkich. Szczęść Boże i Darz Bór ! Ks. kan. Mariusz Białobłocki -  Duszpasterz Koła Łowieckiego Jeleń w Rychtalu.

Relacja inż. Mieczysława Tarchalskiego nadleśniczego Nadleśnictwa Państwowego w Rychtalu o przygotowaniach obronnych w rejonie Kępna w 1939r.

„Wybuch wojny zastał mnie na stanowisku nadleśniczego w Nadleśnictwie Rychtal, powiat Kępno, wchodzącego w skład Dyrekcji Lasów Państwowych w Poznaniu. Rychtal to miasteczko położone o 500 m od dawnej granicy z Niemcami. Nadleśnictwo poza nazwą nic wspólnego z miasteczkiem tym nie miało. Siedziba bowiem znajdowała się we wsi Sadogóra. Granica państwa tworzyła w tym miejscu łuk, którego jedno z ramion przebiegało z północy na południe, drugie zaś z zachodu na wschód. Lasy nadleśnictwa składały się z dwóch kompleksów, z których jeden położony był w głębi kraju koło Bolesławca, drugi natomiast tworzył odwrotny łuk do granicy, o którą opierał się na zachodzie i południu. Najbliższym nadleśnictwem położonym od strony północnej był Bralin, gdzie nadleśniczym był inż. Prebisz. Teczka „Mob” w nadleśnictwie Rychtal zawierała, na wypadek wojny, plan ewakuacji urzędu. Z dokumentów ewakuowane miały być: operat gospodarczy, wszystkie mapy, księgi kasowe bieżące, kasa, dokumenty osobowe personelu oraz teczki akt Tj i Pf. (tajne i poufne). Spośród osób pracujących w nadleśnictwie obowiązek ewakuacji dotyczył nadleśniczego wraz z rodziną, natomiast z reszty personelu ewakuowanym miał być ten, kto tego żądał. Środkami ewakuacji były podwody konne, do dostarczenia których obowiązani byli wyznaczeni chłopi ze wsi Sadogóra i Krzyżowniki. Napięcie przedwojenne na naszym pograniczu trwało już na dobre od czerwca. Wzrastało ono z każdym tygodniem, czego przyczyną były zarządzenia władz i wieści docierające z zagranicy. Mały ruch graniczny trwał jeszcze. Od nas chodzili ludzie na tamtą granicę do pracy. Wracając opowiadali o ruchach wojsk niemieckich i koncentracji we wsiach położonych wzdłuż granicy. Nocami słychać było z zachodu szczęk i łoskot,  jaki sprawiać mogą tylko wielkie masy żelastwa, zmasowanego we wszelkiego typu pojazdach. Kilku młodych pracowników nadleśnictwa powołano pod broń. Adiunkta inż. Zbigniewa Laszkiewicza do lotnictwa, gajowego Karolczyka do batalionu Obrony Narodowej. Mnie zmieniono przydział mob. Zostałem przez Dyrekcję Lasów Państwowych wyreklamowany jako niezbędny do przeprowadzenia ewakuacji urzędu w trudnych warunkach pogranicza zagrożonego inwazją. W sierpniu miejscowy komisarz straży granicznej Jan Maniewski, zwrócił się do mnie o pomoc w strzeżeniu granicy, wobec możliwości przechodzenia na naszą stronę hitlerowskich band dywersyjnych. Zebrałem leśniczych i gajowych najbliższych 4 leśnictw w budynku nadleśnictwa i wysłałem w dzień krążące patrole wzdłuż północnej części granicy, a nocą prócz tego, wysuwałem w tym kierunku czujki. Maniewski swoimi ludźmi, których po wzmocnieniu przez powołanych do batalionu Obrony Narodowej, miał 30, strzegł zachodniego odcinka. Żeby przeciwdziałać wrogiej propagandzie radia niemieckiego z odległego o około 40 km Wrocławia, zarządziłem  umieszczenie w oknie biura silnego aparatu radiowego, z którego  komunikatów mogła słuchać cała wieś. Praca codzienna w biurze biegła normalnie. W dnie sprzedaży, sprzedawaliśmy drewno, a w dnie wywozu było ono w lesie wydawane. Leśniczowie i gajowi, w czasie gdy nie mieli służby na patrolach granicznych, pełnili swoje obowiązki w lesie. Zmobilizowany batalion Obrony Narodowej prowadził prace umocnieniowe na zachód od Kępna. Umocnienia te miały stanowić pierwsze linie oporu. Od dowódcy batalionu Obrony Narodowej dostałem polecenie założenia zawałami wszystkich dróg i linii leśnych biegnących od granicy, tak na stronie zachodniej jak i południowej. Było to praktyczne zastosowanie umiejętności, jakie były w programie kursów wojskowo-leśnych dla gajowych, które były organizowane w roku 1938. w Margoninie dla DLP Poznań i Toruń, a których byłem komendantem. Zawały założyliśmy dokładnie, ale nie były one uzbrojone minami. Te mieliśmy dostać w dniach najbliższych. Niestety, nie otrzymaliśmy żadnych, a zawały nieuzbrojone niewielką były przeszkodą dla niemieckich czołgów. 26 sierpnia odwiozłem moją rodzinę na stację do Kępna i wysłałem do Warszawy. W ten sposób uzyskałem zupełną swobodę ruchów, która pozwoliła mi zając się tylko sprawami urzędu, a w krytycznym momencie wyrwać z grożącego mi przez Niemców ujęcia. 28 sierpnia nadeszło polecenie wypłacenia pracownikom poborów wraz z dodatkiem ewakuacyjnym. Pieniądze na ten cel były już w kasie nadleśnictwa od paru tygodni przygotowane. Do ewakuacji zgłosiło się dwóch leśniczych z rodzinami – Reimann i Musiał oraz sekretarz Pytel, kawaler. Pełniąc codziennie nasze obowiązki czekaliśmy na rozkaz ewakuacji. W biurze nadleśnictwa zapakowana stała skrzynia z aktami, księgami gospodarczymi i pieniędzmi, których zostało w dniu 31 sierpnia 6000 zł. Po wypłaceniu poborów i dodatków ewakuacyjnych. Wieczorem około godziny 20 dnia 31 sierpnia, odebrałem z Kępna ze starostwa polecenie wyprawienia pierwszego rzutu ewakuacji, którym miały być rodziny pracowników. Około godziny 22 wyjechała z Sadogóry rodzina leśniczego Rajmana. O godzinie 23 zadzwonił telefon i męski głos, przedstawiając się jako komisarz do spraw ewakuacji, zakomunikował mi, że ewakuacja została odwołana. Odpowiedziałem, że podwody pierwszego rzutu odeszły już przed godziną. Rozmowa została nagle przerwana. Następnego dnia dowiedziałem się w starostwie, że żadnego odwołania ewakuacji nie było. Około godziny 5 rano w dniu 1 września, obudził mnie huk motorów samolotowych. Ranek był, jak na tę porę roku wyjątkowo mglisty. Choć słońce już wzeszło, nie mogło się przedrzeć przez grubą warstwę mgieł, które zalegały niebo i ziemię, a w których huczały niemieckie bombowce. Zadzwonił znów telefon. Robotnik leśny z leśnictwa Musiała, położonego przy szosie do Kępna, donosił mi, że osadę zajęli Niemcy, i że leśniczy uciekł do lasu, a jego żona już poprzedniego dnia wyjechała do Kępna. W tej sytuacji miałem drogę odciętą. Postanowiłem co rychlej wyjechać z Sadogóry i jechać przez las. Samochód mój stał już przygotowany. Podjechanie do biura nadleśnictwa i załadowanie skrzyni z aktami i kasą, trwało 10 minut, po czym wyprzedzony przez Pytla i Rajmana na motocyklach, liniami i drogami, a czasem przez przełaj omijając nasze zawały, wydostałem się na szosę osiem kilometrów od Kępna. Spotkałem tam komisarza Maniewskiego z kilkoma swoimi ludźmi urządzającymi zawałę na szosie, ale cóż... znów bez uzbrojenia jej minami, których nie było”.

Fragment książki Andrzeja Antowskiego pt.: „Poznańscy leśnicy w służbie Wielkopolski Walczącej 1939-1945”

Dzisiaj jest

piątek,
17 sierpnia 2018

(229. dzień roku)

Polecamy strony

Licznik

Liczba wyświetleń:
3435596

Wyszukiwanie