Menu

2021

ROK STANISŁAWA KEMPY

RYCHTALSKIEGO POETY I NAUCZYCIELA

Rok 2021 poświęcimy w Rychtalu pamięci znakomitego poety Stanisława Kempy, który w latach 1927-1934 pełnił funkcję nauczyciela rychtalskiej szkoły powszechnej. Będzie to okazja do przypomnienia jego twórczości oraz zachęta dla miejscowych twórców do oddania słowem pisanym piękna naszej Małej Ojczyzny. 

STANISŁAW KEMPA 

Stanisław Kempa - W latach 1925 – 1927 był tymczasowym nauczycielem w Szkole Powszechnej w Krzyżownikach. Z dniem 1 sierpnia 1927r. został przeniesiony do Rychtala, gdzie pracował do 1934r. Następnie przez wiele lat był nauczycielem i wychowawcą w Liceum Ogólnokształcącym w Ostrzeszowie. Spoczywa na cmentarzu w Ostrzeszowie.

Nauczyciele rychtalskiej szkoły powszechnej w roku szkolnym 1927/28. Siedzi Ludwik Perlitius - kierownik. Stoją: p. Wosiówna i Stanisław Kempa.

Grono pedagogiczne w 1934 roku: siedzą: Stefania Szczerkowska, Ludwik Perlitius - kierownik, Janina Wolaninówna. Stoją: Stanisław Kempa, Czesław Ławniczak.

Zdjęcie z VI lub VII klasy, rok 1947-48. Siedzą od lewej str. p. Stanisław Szubert, p. Kazimiera Nowicka, p.Edward Nowicki, p.Jan Kaczmarek-kierownik, p.Janina Szymańska- wych. klasy i p.Stanisław Kempa.

Nauczyciele Szkoły Ogólnokształcącej Stopnia Podstawowego i Licealnego, rok 1955. Ostrzeszów

Stanisław Kempa w 1967r. ( Archiwum Tadeusza Gawrysiaka.)

W naszych lasach           
(Stanisław Kempa – z przejażdżki jesiennej w pobliżu Zgorzelca i Rychtala)       

Cieniste chwieją się świerki.                                                                    
W igiełkach wiatr szeleści                                          
I cichą, jak szept piosenką                         
Młode krzewinki pieści…                                                           

Na skraju igrają brzozy:                                                              
Wiotkie gałązek kiście                                 
Na drogi leśne, na ścieżki,                                         
Złote zrzucają liście…                                                   

I wciąż się tulą do sosen,                                            
Spuszczając swe warkocze…                     
Tuż przy nich mała osika                             
Trzęsie się i dygocze.                    

Las cały tonie w kolorach,                                          
Wszystko się błyszczy mieni,                    
Spadają liście na ziemię -                                           
Kwiaty polskiej jesieni…                                             

Zrudziałe płaczą zioła…
Długie jeżyn rozłogi                      
Splatają w gęste zarośla                                             
Tarniny, iwy, głogi.                                        

W powietrzu strzępią się przędze,                         
Nić za nicią ulata -                                          
I lecą na leśne zaręby                                  
Nici babiego lata…                                         

Echo Rychtala

Opuszczam bory – spoglądam z dala

Na horyzoncie domy Rychtala

Wśród rozłożystych drzew.

W poświacie słońca wszystko się mieni,

I wszystko kąpie w bujnej zieleni.

I lekki muska wiew…

 

Małe miasteczko – tyle uroku

I tyle piękna na każdym kroku

Każdy zakątek śle:

Krótkie uliczki, stare zaułki

I domy miłe, niby szkatułki

Na ciemnym sadów tle.

 

Miasteczko drogie! Ugór zasiany

I wszystkie bliskie zbożowe łany

Do twych się garną rąk,

A szmaragdowa, przepiękna szata,

Co cię przystraja, stopy oplata-

To pas kwiecistych łąk.

 

W bujnej zieleni strumyk się wije

I wciąż błękitną wygina szyję,

Spokojnie płynąc w dal-

I monotonnie, cichutko mruczy,

I tylko czasem głośniej zahuczy,

Jakby rozsiewał żal…

 

Pamiętam ptaków przeróżne śpiewy,

Gdzie wyrośnięte, cieniste krzewy

I gdzie zdziczałe bzy…

Ach ten wieczorny koncert słowika

I zabłąkane głosy puszczyka -

Przeszłości mojej sny !...

 

Więc lubię Rychtal, pobliskie wioski,

Cały zakątek, cichy, beztroski

I każdy polny kwiat,

Bo tu mi życie płynęło mile

I tu przeżyłem szczęśliwe chwile -

Wiele młodzieńczych lat.

Chwila zadumy      
(Pamięci Ludwika Perlitiusa - nauczyciela i kierownika szkoły w Rychtalu)



 

Pamiętam szkołę, pamiętam dzieci,                               
Wieżę kościelną, co z dala świeci                                  
I księżyc, co w mrokach tli,                                 
Lecz nade wszystko zawsze mnie wzrusza                  
Świetlana postać Perlitiusa                                  
I wtedy smutno mi…                                 

Zawsze pogodny, nigdy w rozterce,                     
Dla wszystkich miałeś otwarte serce                             
I przyjacielską dłoń,                                 
Więc za tę dobroć, pracę mozolną          ,          
I sławę „Lutni” i mowę szkolną
Chylimy naszą skroń.                               

Dziś przy Twym grobie mówią pacierze,                                  
Składając wieńce i kwiaty świeże,                     
A ja mych rymów dar:                              
Niech ptaki zlecą z bliskiej czereśni
I moniuszkowskie nucą Ci pieśni,          
Bo pieśni siałeś czar…

PIOTR KOKOCIŃSKI

Piotr Kokociński (ur. 1953) – sce­na­rzy­sta (Samowolka), au­tor sztuk dla Te­atru Te­le­wi­zji: Miś Kolabo, Golgota wrocławska /współ­au­tor: Krzysz­tof Szwa­grzyk/, ​pro­za­ik (po­wieść Samowolka). Opo­wia­da­nia dru­ko­wał m. in. w „Ar­ca­nach”, „Pul­sie”, „Rzecz­po­spo­li­tej” (w do­dat­ku „Plus-Mi­nus”). Dwa inne roz­dzia­ły po­wie­ści Człowiek z botanizerką dru­ko­wał w kwar­tal­niku Li­te­rac­kim „Wy­spa” (2014 nr 4) i „Ty­go­dniku Kę­piń­skim” (R. 2015 nr 39-41).

W GODZINĘ ŚMIERCI

Piotr Kokociński

Koschik  sięgnął do skórzanej teczki. Wyjął niewielką książeczkę w zielonej płóciennej oprawie i wręczył  starcowi. Szczerze ucieszony Spribille kartkował książeczkę. – Nareszcie, nareszcie ją wydałeś. Dlaczego nie poprosiłeś Schubego o napisanie wstępu? – Nie było czasu, Bóg jeden wie, co się tam u nas jeszcze wydarzy! Latem drukarnia w Kępnie miała spory zapas papieru i mało zleceń, przez Drobiga zaproponowali mi tanio druk. Tekst już przed wojną był gotów. Dogadałem się z Drobigiem, że wykorzystam kilkanaście jego pocztówek. Dodałem około 40 swoich fotografii. I tak powstał ten przewodnik krajoznawczo-przyrodniczy po ziemi kępińskiej. – Stary Franz wzruszył się czytając dedykację a kiedy spojrzał na bibliografię ukradkiem ocierał łzy. Najwięcej było tam pozycji jego i profesora Schube. – Ascherson – rzekł Spribille – stale nam powtarzał: nieważne ile masz publikacji. Liczysz się w nauce, jeśli się na ciebie powołują…Później trochę się spierali o to, komu zwycięzcy przyznają Rychtal. Koschik nie miał wątpliwości: hrabia Szembek doprowadzi do przyłączenia Rychtalskiego Kraiku do Polski. − Zacna rodzina – mówił Spribille − ci Szembekowie, ale to echte Polacken. Masz rację: postawią na swoim. − Dziwisz się? Nie, nie. A co z wami? − pytał Spribille. − Z kim? − Z tobą? Z Burdą? − Ja zostanę, Burda wyjedzie, bo zraził do siebie wielu rychtalan. – Ty chcesz zostać?  A Paul? – Syn jest zabezpieczony. Mam trochę złota w skrytce w banku. Za dobrą cenę sprzedałem folwarczek po moim bracie. Wystarczy synowi na zakup mieszkania i kilkanaście lat dostatniego życia w Breslau. Zresztą nawet  jeśli Rychtal zostanie w Niemczech, to co historyk z doktoratem miałby tam robić? On nie chce uczyć w szkole. Marzy o karierze naukowej. A ja teraz sprzedaję swoje gospodarstwo, przeniosę się do Rychtala. Kupię domek w rynku. − A proboszcz? Co on zrobi? – dopytywał Spribille. − Nieborowski ucieknie, albo go Polacy wygonią. − Księdza? Co ty mówisz? − Nieborowski to z pochodzenia Polak! – Tak?! – Spribille nie mógł w to uwierzyć. – Rozmawiałem z jego matką, przecież ona mieszkała na rychtalskiej plebanii. Lubiła sobie ze mną pogadać po polsku, bała się utrzymywać znajomość z Polakami, bo syn  się na to krzywił. – Niby nazwisko polskie… A wiesz, Peter, przypominam sobie, że jak byłem u Nieborowskiego ze trzy lata przed wojną, to jadąc jego bryczką do siemienickiego lasu, zabrałem staruszkę Nieborowski, żeby mogła uczestniczyć w mszy odprawianej po polsku w Siemianicach, tak było! − Znajomy Żyd z Kępna mówił o nim: myszygene! I miał rację, Franz. − Meszuge? To chyba, to chyba niezbyt eleganckie. − A czytałeś teksty Nieborowskiego? − Nie, ale przyznaję, był nazbyt rozpolitykowany, to prawda… − Biskup dawno powinien był go przenieść, wiem od jednego z kurialistów, że mają z nim problem.

Tekst został zaczerpnięty z "Magazynu Internetowego Helikopter" Zainteresowanych odsyłam do poniższych linków:

https://opt-art.net/helikopter/11-2015/piotr-kokocinski-w-godzine-smierci-i/

https://opt-art.net/helikopter/12-2015/piotr-kokocinski-w-godzine-smierci-ii/

O. KONRAD STOLAREK 

O. Konrad Feliks Stolarek, urodzony 31.10.1913 r. w Rychtalu, syn Leona i Marty z Taniewiczów, kapłan Zgromadzenia Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej, bohater II wojny światowej, pułkownik Wojska Polskiego, kawaler Orderu Virtuti Militari, harcmistrz RP, założyciel i redaktor miesięcznika Niepokalana, były prowincjał i superior Instytutu św. Kazimierza w Vaudricourt we Francji, rektor Polskiej Misji Katolickiej w Luksemburgu. Zmarł 2.02.2007 r. w Maisnil-les-Ruitz we Francji.

O. KONRAD STOLAREK OMI KAPŁAN, ŻOŁNIERZ, REDAKTOR 

Redakcja: Agata i Zbigniew Judyccy IRB Vaudricourt - Warszawa, 2007r.

Fragmenty

NA ZAOLZIU

Zaolziańska Orłowa stała się pierwszym miejscem mojej działalności kapłańskiej po ukończeniu studiów w czerwcu 1939 roku. Jako katecheta miałem uczyć młodzież zasad wiary. Wybuchła wojna i przekreśliła wszystkie plany przełożonych. Z ośmioosobowej obsady naszej zakonnej wspólnoty zostało nas po 1 września tylko dwóch: ks. Antoni Grzesik i ja. Niemcy zgodzili się na odprawianie polskich Mszy św. w tych kościołach, w których zostanie wygłoszone co najmniej jedno kazanie w języku niemieckim. Okoliczni księża nie znali niemieckiego. Dojeżdżaliśmy zatem z ks. Grzesikiem, na ile było to możliwe, do najbliższych kościołów, by wygłaszać 5-minutowe kazania po niemiecku i ratować w ten sposób, co się jeszcze dało ocalić. Po jednym z kazań w języku niemieckim w Orłowej w czasie udzielania chrztu zjawił się w zakrystii oficer SS. Zrobiłem szybki rachunek sumienia, czy nie powiedziałem w kazaniu nieopatrznie czegoś, co mogło się nie podobać zaborcom. Dla pewności jednak wybrałem najbardziej uroczystą formę chrztu. Długo trzeba by szukać w rytuale rzymskim tych ceremonii, jakie wówczas zastosowałem. Miało to ten skutek, że kiedy wróciłem do zakrystii, SS-mana już nie było. Zostawił wizytówkę, na której dopisał, że chciał ze mną porozmawiać, bo z akcentu, jakim głosiłem kazanie, wywnioskował, że mogłem pochodzić  tylko z Rychtala, bo tylko tam tak mówiono po niemiecku. Obiecał przyjść znowu. Zgadzało się. Urodziłem się w Rychtalu. Z ciekawskim SS-manem chodziłem do szkoły. Nazywał się Raschke. Ale nie zobaczyliśmy się już więcej. Wkrótce potem wybrałem się na Zachód.

W LYONIE

W drugiej połowie maja 1943 roku przybyłem do Lyonu. Kilka dni przedtem znalazłem się jako skoczek spadochronowy we Francji, gdzie w jasną, księżycową noc wylądowałem kilkanaście kilometrów na północ od Le Puy. Siedziałem w tramwaju, który miał mnie dowieźć do kantyny PCK, gdzie pracowała jako kierowniczka Zofia Śliwowa. Miałem dla niej i jej męża wiadomości od syna Józika. Jeszcze kilka dni wcześniej odwiedził mnie na lotnisku w Heston pod Londynem w mundurze podporucznika. W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że tramwaj jedzie nie w moim kierunku. Wysiadłem na najbliższym przystanku. Tramwaj ruszył, ale nie ujechał nawet stu metrów, kiedy z pobliskich domów wyskoczyli żołnierze w mundurach gestapo i zabrali z tramwaju wszystkich pasażerów. Przypadek? Wierzę, że to Opatrzność!. Kilka dni później z tego samego Lyonu wybierałem się do północnej Francji, gdzie miałem pewną misję do spełnienia. Miał mi towarzyszyć ks. Antoni Sawicki, bo jako przedwojenny duszpasterz w Barlin znał dobrze tamte strony i miał dużo znajomości. Było to nasze pierwsze spotkanie po dwu latach. Ks. Sawicki, z natury bardzo wrażliwy, był tym spotkaniem niesłychanie podniecony. Nie mógł się opanować nawet w czasie kolacji w jednej z restauracji na placu Bellecourt, na którą go zaprosiłem. Przy sąsiednim stoliku siedziało dwu gestapowców w cywilnych ubraniach. Po kolacji szli za nami w kierunku dworca Perrache. Kiedyśmy się znaleźli na wysokości centrali gestapo, zaaresztowali nas. Podejrzewali ks. Sawickiego z jego blond czupryną, że jest uciekinierem z armii niemieckiej.  Wypuścili go po przeszło dwugodzinnych przesłuchaniach, stwierdziwszy telefonicznie na komisariacie policji w Beaucaire, że jest znany w tym mieście. Mnie wypuszczono po zbadaniu mojej teczki. Zawartość nie wzbudzała podejrzeń. A przecież w kieszeniach sutanny miałem kilka tysięcy dolarów oraz list kardynała Hlonda do Generała Sikorskiego. Tego samego wieczora odjechałem paryskim pociągiem z Lyonu.

W ANDORZE

Po trudnej wędrówce z Pamiers poprzez Pireneje dotarliśmy wreszcie śmiertelnie zmęczeni do Andory. Po wykonaniu zadania we Francji dołączono mnie do grupy 10 „turystów” starających się również dotrzeć do Anglii. Spotkałem tu niespodziewanie mojego przyjaciela, harcmistrza Wacka Śledziewskiego. Trzymaliśmy się razem. W dwójkę było nam raźniej. W Andorze zakwaterowano mnie u byłego gubernatora Leridy. Po kilkugodzinnym wypoczynku spotkałem się znowu z moją grupą. Miał nas przeprowadzić na stronę hiszpańską Hiszpan, który jakoś nie wzbudzał sympatii ani zaufania. Po krótkim namyśle powiedziałem mojemu opiekunowi, by znalazł mi inny sposób przekroczenia granicy. Nazajutrz taksówkarz przewiózł mnie do Seu de Urgell. Natomiast grupa, z którą się rozstałem w Andorze wpadła w ręce Hiszpanów - przewodnik wsypał - i wszyscy wylądowali w obozie Miranda. Ja natomiast poprzez Barcelonę, Madryt, Sewillę i Gibraltar bez większych przeszkód dotarłem do Anglii. Przypadek? Opatrzność?.

Dzisiaj jest

poniedziałek,
18 listopada 2019

(322. dzień roku)

Polecamy strony

Licznik

Liczba wyświetleń:
3897271

Wyszukiwanie